Przygoda na najwyższym, europejskim poziomie
Kiedy na początku lipca, oczy całego kolarskiego świata były zwrócone na kraj Napoleona, ja – młody maturzysta z Polski – również rozpocząłem przygodę życia. W momencie, w którym Lance Armstron, Alberto Contador i Fabian Cancellara wkraczali w pierwszy etap Wielkiej Pętli w Monaco i pedałowali ile sił w nogach, wstąpiłem do budynku przy Sienkiewicza 72 w Łodzi z dużym napisem Gazeta Wyborcza. Uczucie, które przeze mnie przeszło, pewnie niewiele się różniło od tego, jakie towarzyszy kolarzowi, który jedzie na czele peletonu.
“Pokaż co potrafisz” – czyli udowodnienie, że nie jest się kimkolwiek
Sympatyczny mężczyzna, znany w redakcji jako Kwinto ściska moją dłoń i zaprasza mnie na górę. Przez chwilę gadam z nim o stażu i tym, co tu może robić taki ktoś jak ja. Zafascynowany dziennikarstwem, świeżo upieczony maturzysta, który chce spełnić jedno ze swoich marzeń i pisać własne teksty do jednej z największych i najbardziej opiniotwórczych gazet w Europie Środkowo-wschodniej. Dowiaduję się, że w wakacje przychodzi do redakcji mnóstwo studentów, którzy bez większych ambicji, chcą tylko dostać podpis, że odbębnili obowiązkowe praktyki. Lecz są też tacy jak Marta, którą poznam następnego dnia, która poważnie myśli o pracy w Wyborczej.
“Dzień, w którym nic nie zrobisz, jest dniem straty zarówno dla Ciebie, jak i dla Agory”
Pierwsze dni pracy w nowym miejscu przypominają życie rozbitka na bezludnej wyspie, który ma przy sobie komplet narzędzi i praktycznie wszystko, co pomoże mu przetrwać. Od niego zależy, czy zbuduje dom, zajmie się zdobywaniem pożywienia i poznawaniem nieznanego lądu, czy usiądzie na plaży i będzie spoglądać na horyzont z nadzieją, że zaraz zabierze go stąd jakiś statek. Gazeta daje do dyspozycji niezbędnik: komputer, telefon oraz ludzi, którzy dadzą Ci rady. I co istotne – nie są zwykli ludzie, przypadkowa zbieranina pismaków, nastawionych na skandal i sensację. Ooo nie! Przez to, że niezależnie od wieku, wszyscy mówią do siebie po imieniu, ma się wrażenie, że wchodzi się do zgranej drużyny nastawionej na osiąganie wielkich celów, zdolnej do wszystkiego. Pomimo, że team=jedność, to jednak każdy z “graczy” jest osobowością wyjątkową. Coś mniej więcej takiego, co czuje nowy piłkarz po wejściu do szatni FC Barcelony.
Schwarzenegger przyjedzie do Łodzi, a Kropiwnicki go zapyta “Gdzie masz chuju czapkę?” czyli jak wygląda praca w redakcji
Wychodzę z domu, wsiadam na rower i jadę przez park do Gazety. Zajmuje mi to ok 15/20 minut. Na miejsce docieram o 9:55. Otwieram szklane drzwi, kłaniam się portierce i wchodzę na 2. piętro. Witam się z działem sport (bo jest najbliżej), a później z resztą w newsroomie. Włączam komputer i czekam aż ekran powitalny Agory powie mi, że wita mnie w pracy. W międzyczasie idę po najnowszy numer Gazety, przeglądam co się dzieje na świecie i patrzę na teksty, które wczoraj po deadline’ie poszły do druku. Nagle z czytania wyrywa mnie dźwięk dzwonka, takiego jaki mają ekskluzywne hotele w recepcji. Dzyń, dzyń, dzyń – zaczyna się zebranie! Na początku redaktor dyżurny (fajna fucha: przychodzi godzinę wcześniej, dostaje do przeczytania wszystkie dzienniki dostępne na polskim rynku, potem dzwoni na policję, straż, pogotowie, lotnisko i pyta co wydarzyło się w nocy, albo gada z czytelnikami nt. interwencji) mówi z czego otwiera się konkurencja i jakie ciekawe tematy zostały poruszone, o których my nie piszemy. To zawsze budzi dużo emocji u bossa. Z prędkością karabinu maszynowego wyrzuca z siebie słowa, co może brzmieć groźnie szczególnie dla tych, którzy go nie znają. Potem prowadzący bierze rozpiskę (czyli coś takiego, do czego każdy może się wpisać dzień wcześniej, jeśli ma jakiś dobry temat) i ustala, co się znajdzie na jakiej stronie. Wracam do biurka, otwieram Worda i piszę o czym mi się podoba. Nikt mi nie mówi, co mam robić, ani o czym pisać. Pełna swoboda. Dlatego przez pierwsze dni, warto poznać redaktorów, zobaczyć, kto się czym zajmuje i czy można w czymś pomóc. Dopiero później czuje się cha-cha’e. Niektórzy stażyści chyba nigdy nie poznali jej smaku. Włączali komputer, grali w Pac-Mana i zjadali białe kulki, albo szybko wychodzili mówiąc, że się śpieszą.
Zobaczyć swój pierwszy tekst na czwórce – bezcenne
Tego samego dnia, co Buzek odbierał gratulacje i zostawał szefem Europarlamentu, ja również miałem powód do szczęścia. Na czwartej stronie mój 10 konarowy tekst o trenerach osiedlowych. Później tematy przychodziły same. Festival flamenco, rekrutacja na studia, Orliki, wioska historyczna, skarb Grohmana, żongler, opinie, interwencje, relacje z konferencji prasowych czy imprez. Każdy z nich na papierze daje tyle satysfakcji, co strzelenie bramki w Lidze Mistrzów. A czego dziennikarz najbardziej nie lubi? Jak tekst nad którym długo pracuje “nie przechodzi” do druku. Wtedy całą pracę szlag trafia i przychodzi poczucie niespełnienia i niedosytu. Coś jak przestrzelony karny w ostatniej minucie meczu. Jednak przez te 3 miesiące więcej było tych udanych zagrań zwieńczonych sukcesem tzn. 25 publikacji w łódzkiej i 5 w Co jest grane. I to odczucie, że to co robisz daje ci satysfakcję. Kiedy znowu zostanę dziennikarzem? Jak skończę studiować prawo. Bo to obciach dla Wyborczej, że chciałaby zatrudnić kogoś, kto tylko ma maturę, nie?