Gdy mózg zaczyna się lasować – czyli ucieczka od nauki
Klasa maturalna to nie tylko zakuwanie stosunków polsko-czechosłowackich do drugiej w nocy, albo pisanie kolejnych zaległych wypracowań dla Sowy. Uczenie pod każdą postacią jest niewątpliwie czymś wielce chwalebnym, jednak po pewnych czasie coś zaczyna nie grać. Maturzysta, czyli ktoś z “prawie” średnim wykształceniem szybko się orientuje, że szkoła nie spełnia swojego edukatorskiego obowiązku i zaczyna wymiękać. Jak powiedział koleś z reklamy Volkswagena – it’s definitely sucking! Więcej można się nauczyć w domu niż w tym śmiesznym przybytku edukacji.
W poszukiwaniu rozrywek – czyli nowe funkcje budy
No ale co z frekwencją? Nie można tak po prostu olać budy i do niej nie przychodzić. Potem dyro się wkurwi i będzie wstawiać gadkę, że nie dopuści do matury albo napisze pismo do starych, aby było wesoło! Chodzenie do szkoły przypomina pracę w oldskulowym peerelowskim zakładzie pracy, w którym wszyscy się obijają i zaliczają obecność. Tak więc okay – teraz szkoła staje się przestrzenią do rozmów i spotkań towarzyskich. Przychodzi się z kurtką pod pachą, aby w każdej chwili można by urwać się z nudnych lekcji i bez problemów śmignąć gdzieś porobić coś ciekawszego. Jednak na drugim piętrze znajduje się coś, co przykuwa uwagę męskiej części szkoły oraz zapewnie niezapomniane doznania emocjonalne. Idąc po schodach można usłyszeć dzikie wrzaski oraz stek wulgaryzmów. Nie otworzono tam wbrew pozorom pokoiku ze striptizem, ani nie postawiono automatu z alkoholami świata. Byłoby za pięknie. Miejscem pielgrzymek stał się czerwony automat – trambambule lub też – wśród starszych – piłkarzyki.
Śladami dzieciństwa
I ruuu-szyyy-la młodzież do tej dziecinnej rozrywki, pożerającej czas i dwuzłotówki. Moneta, pociągnięcie wajchy do siebie i ciach! wysypuje się 8 piłeczek do gry. Grze towarzyszą śmiechy, zbiegowisko innych ludzi, chcących również spróbować swojego szczęścia w trambambulach. W końcu tu nie trzeba mieć zdolności Beckhama, aby strzelać 4 bramki w 4 minuty. Fajnie, fajnie, ale… Po kilkunastu grach uświadamiany sobie, że wpadliśmy w szpony chytrego, kapitalistycznego planu, bazującego na naiwości takich niczego nieświadomych frajerów jak my.
“Właściciel może nas pocałować w dupę!” czyli licealiści robią z zasadami to, co Wayne Rooney z angielską piłką
Przeglądając książkę do historii natrafiamy na obrazek kapitalisty, który bez skupułów zabiera biednym pracownikom ich ciężko zarobione pieniądze. Gruby burżuj z laseczką i melonikiem zaciera ręce na myśl o dodatkowym zysku i jeszcze większym ciemiężeniu biedaków. My sobie na to nie pozwolimy! Spoglądamy po sobie i nerwowo przeszukujemy nasze kieszenie i portfele w poszukiwaniu rozwiązania. Nagle niczym na obrazie Rafaela spływa na nas światło nadziei. Eureka! Okazuje się, że rozwiązaniem jest 5 euro centów, które gabarytami odpowiadają dwuzłotówce. Powoli, misternymi ruchami wrzucamy pieniążek do szpary i z całych sił szarpiemy na wihajster. UDAŁO SIĘ!
Polak potrafi czyli spryt, cwaniactwo i pomysłowość kluczami do sukcesu
Skoro udało się nam przechytrzyć głupie ustrojstwo, teraz to my jesteśmy panami sytuacji i rozdajemy karty. Właściciel pewnie wychodził z założenia, że skoro takie maszyny przynosiły zysk w europejskich szkołach, to stawiając podobną w Polsce też zarobi kokosy. Ha! I tu się chciwy łotr bardzo pomylił! Polak w przeciwieństwie do Niemca czy Francuza zawsze znajdzie sposób, aby przeciwstawić się nieuczciwemu wyzyskowi. Skoro pasują centy, to czemu nie możemy spróbować z innymi monetami? Przecież piłkarzyki nie maja ultranowoczesnego laserowego czytnika hologramów czy milimetrowego miernika wielkości i wagi, prawda? Patrzymy chytrze na siebie i następnego dnia rozpoczynamy zabawę w numizmatyków, wierząc, że strzelimy wstrętnemu kapitalizmowi bramkę na 2:0.
“Hej zobaczcie! Fenigi też pasują!”
Po długich doświadczeniach odkryliśmy, że nie tylko eurocenty wprowadzą nas w świat piłkarzykowego szczęscia. Zrobią to także: stare niemiecki fenigi, angielskie pensy, stare polskie 10-złotówki z orzełkiem bez korony, amerykańskie ćwierćdolarówki oraz metalowe żetony do wózków z Tesco. Jednak musieliśmy przyjąć też szereg porażek wynikających z przeprowadzania tego eksperymentu. Niestety, stare austriackie szylingi, portugalskie escudo, holenderskie guldeny, rosyjsko-ukraińskie kopiejki, tunezyjskie denary czy słowackie korony okazały się nic niewartym kawałkiem metalu, który ginął w czeluściach maszymy niczym ludzie w ruskim cyrku. Ale mimo to wyszliśmy na plus – wrzucaliśmy tego śmiecia tam nic na tym nie tracąc. Jeśli nie poszło – trudno, jeśli poszło – kolejna gra przed nami!
“Facet musiał się nieźle wkurwić jak zobaczył, że ma tam pieniądze z całego świata” – czyli okrutna zemsta burżuja
Koleś, który postawił piłkarzyki w naszej szkole liczył na gruby zysk. “W dwa miesiące to pewnie uzbierało mi się kilkaset złotych” myślał sobie. “Teraz bedę mógł spłacić podatek i zwróci mi się ta inwestycja!”. Jakież musiało być jego zdziwienie jak otworzył skrytkę z pieniędzmi i ujrzał to, co tam nawrzucaliśmy. Właściwie to zarobił kilkaset złotych. Ale starych! A na eurocentach stracił 20-krotnie. Pewnie tak się wściekł, że zapajał żądzą zemsty i zamontował blokadę na trambambulach. Teraz wypada wszystko co nie jest dwoma złotymi. Pewnie myśli sobie, że jest chytry i może się z nami równać. Pewnie wydaje mu się, że nas pokonał. Jednak pewnie też nie wziął pod uwagę, że do dwóch złotych można przymocować żyłkę
2 komentarzy
niedziela, marzec 22, 2009 o 6:45 pm
Kilka uwag:
- Trambambule dało się oszukać przy pomocy 5-centówek (a nie 10-centówek, tak jak napisałeś)
- Filatelista to człowiek, który zbiera znaczki. Kolekcjonowaniem monet zajmuje się numizmatyk
- Metodę z monetą na żyłce trzeba wreszcie wypróbować, bo inaczej przegramy wyścig zbrojeń definitywnie!
poniedziałek, marzec 23, 2009 o 5:35 pm
U nas jest za free to tylko walka jest o to kto jest przy stole, najczęściej jednak wygrywają maturzyści.