sobota, październik 20, 2007...8:37 pm

Przyjęcie u Ambasadora w Strasbourgu

Przejdź do Komentarzy

Fantastyczny drugi dzień października

OCTOBER 02 to data magiczna. Nie tylko dlatego, że tego dnia w 1951 urodził się mój ulubiony wokalista Sting, ale również dlatego, że sam obchodzę tego dnia urodziny. W tym roku spędziłem je w sposób niezapomniany. Nie tylko, że bez szkoły, ale nawet bez najbliższej rodziny i w obcym państwie. Jednak wcale nie było mi jakoś smutno. Wręcz przeciwnie.

Leniwy francuski poranek w Grand Hotelu

Nie mając nic pilnego do zrobienia, nie musząc rano wstawać, spokojnie spałem sobie aż do obudzenia przez wujka. “No no no! Kochany, dziś masz urodziny! Najlepsze życzenia! Mam dobrą wiadomość – śniadanie jest do dziesiątej, pójdziesz jak się wyśpisz! Ja wychodzę do Parlamentu.” Co za radość. O 8:50 schodzę spokojnie na dół, wchodząc do stołówki. Wita mnie uśmiechnięty kelner (Bonjour messieur!) i pyta, czy napiję się herbaty. No jasne, że tak! Podchodzę do stołu i z rozczarowaniem patrzę, że Francuzi zjedli cały kisz i jajka. Ci to mają tempo! “No nic” myślę sobie. “Jestem w Europie Zachodniej, więc zjem śniadanie jak Europejczyk!” Czyli kiść winogron, dwa kruzanty, daktyle i jogurt. Do tego dzbanek Earl Grey. Uśmiechnięty wracam na górę, gdzie odpicowuję się, słucham muzyki i odbieram urodzinowe życzenia SMS. Przed dziesiątą dzwoni Karol mówiąc, że czeka na dole. Zakładam moje sławne ”czerwone trzewiki” Pumy, zarzucam na siebie kurtkę, Canon w rękę i wymykam się na podbój Strasbourga.

Niebieskie cityrunnery i spieszący biznesmeni - czyli słoneczny poranek w centrum miasta

Wychodząc z Grand Hotelu, mijamy Gare Centrale, skręcamy w lewo i już jesteśmy w centrum. Szybciutko. Obok można zobaczyć przejeżdżające cityrunnery z wielkimi szybami, które robią na mnie duże wrażenie. Przebijamy się malutkimi uliczkami na Stare Miasto. Stare? Jeszcze jak. Na oko XVI wiek. Jednak tak genialnie zadbane, że można pomyśleć, że zbudowane wczoraj. Co za śliczne miasto! Przechodząc mijamy pijących na ulicy kawę Francuzów oraz Murzynów sprzedających paski, kartki i chorągiewki (czyli coś, co każdy z nas niezwłocznie potrzebuje). Nasz tour zaczynamy od bazyliki z X w. Po napisach można się dowiedzieć, że grał tam Mozart jak mu się nudziło w Strasbourgu. Pstryk, pstryk! Idziemy dalej. Do punktu kulminacyjnego…

Katedra Notre Dame – czyli gdzie są francuscy lanserzy, niemieccy turyści i XIX wieczna harfistka

Ponad 600-letnia bazylika Cathédrale Notre-Dame wywiera niesamowite wrażenie swoimi 142 metrami wysokości. Wokół niej – tłumy turystów z całego świata, głównie z Niemiec. Pod nią – jeszcze większe zbiegowisko! Co przyciągnęło tych ludzi? Ano jakaś laska przebrała się w XIXwieczne szaty, gra na harfie i szpanuje swoim operowym głosem, co wzbudzą w ludziach taki podziw, że nie szczędzą jej euro i hojnie ją nagradzają. Karol słuchał jej przez pół godziny, zapatrzony w nią jak w obraz. Decydujemy się wejść do wnętrza katedry. Cóż za widoki! Ciach, ciach, ciach! i mój Canon w akcji. Co za rewelacyjne miejsce! Jednomyślnie stwierdziliśmy z Karolem, że moglibyśmy spędzić tu cały dzień. Spotkałem tu też ładną (!) niemiecką(!!!) pannę, która się do mnie śmiała i puszczała mi oko. Trochę głupio, że nie zagadałem do niej xD

Czas na obiad! – czyli pizza, kawa i kwarta wina na głowę

Czujemy gastrofazę. Nie czekając idziemy do elegancko wyglądającej włoskiej (wiem, że to głupie wsuwać włoskie frykasy we Francji) restauracji. Naszą uwagę przyciąga zestaw full opcja – pizza, kawa, kwarta wina. Całość za 12euro. Uśmiechamy się i bierzemy dwa. Smakowało rewelacyjnie. I jeszcze to wino podane w dzbanku jak w średniowieczu. Coś wspaniałego. Przy akompaniamencie zachodzącego słońca wracamy do Hotelu.

Angielski garnitur, biała koszula, czerwony krawat – czyli idziemy na przyjęcie do ambasadora

To mi się podoba! Elegancko odpicowani, wsiadamy do naszej Hondy i jedziemy na Rue Geiler 2 do polskiej ambasady, gdzie czekają na nas inni dyplomaci i kolesie z międzynarodowego towarzystwa. Stawiamy samochód przy Parlamencie Europejskim i idziemy pieszo. Wchodzimy do nowej, a zarazem starej kamienicy, przy której powiewa białoczerwona flaga. Tam spotykamy całe doborowe towarzystwo polityków i dyplomatów z żoną Milinkiewicza, Karskim i Iwińskim na czele. Witamy się ze wszystkimi, bierzemy kieliszek szampana i konwersujemy na różne tematy w kameralnym gronie. Ja wraz z Karolem, panią Konsul i Anią prowadzimy interesujący dialog o malarstwie, architekturze i historii sztuki, do którego dołączają się kolejny ludzie.

Kawior, jajka, łosoś, wino - czyli savoir vivre na najwyższym europejskim poziomie

Będąc w takim towarzystwie trzeba być bardzo ostrożnym. Nie można dać plamy (jak panny przy stoliku obok) nalewając sobie do szklanki wódkę zamiast wody. Albo jak Karski – nie wiedzieć, że oryginalny szampan robiony jest tylko w Szampanii. Powoli biorę talerzyk i misternymi ruchami nakładam sobie małe ilości przystawek. Potem ostrożnie siadam przy stole obok Wujka, Karola, Senatora Wacha i jego żony oraz pani Poseł z PO. Pijąc kolejne lampki wina wsłuchuję się w wieści ze świata, będąc dumny w mojego położenia. Urodziny pierwsza klasa. Na koniec tego cudownego dnia idziemy z Karolem do zdjęcia z Tadeuszem Iwińskim. W tle – śmiejąca się polska dyplomacja, pan Ambasador opowiadający ciekawe historie oraz zazdrośnie spoglądający ku nam Karol Karski, nie mogący przeboleć, że to nie z nim robimy sobie zdjęcie.

Dodaj komentarz