Węgiel kamienny vs. propan-butan czyli hajcujemy w piecu na koszt dziadka
Korbielów, poniedziałek 27 grudnia godz. 11:47. Facet z wąsami koło 60tki, w kraciastym pulowerze a la Kononowicz radośnie wychodzi na spotkanie grupie 11 młodych studentów prawa, którzy przez najbliższy tydzień będą mieszkać w jego starej, góralskiej chacie. Obładowani tobołem rzeczy spod znaku Rossignola i Salomona, ruszamy w kierunku jego przybytku. Już na dzień dobry widać, że dziadziuś zatrzymał się w epoce Gierka. Rozglądam się z Tomkiem po naszej izbie. Żywcem wyjęta z czasów, kiedy Neil Armstrong lądował na księżycu, na drogach królowały duże fiaty, a Maryla Rodowicz była obiektem pożądania każdego mężczyzny. Naszą uwagę przykuwa ciekawe ustrojstwo stojące w kącie – piec kaflowy na węgiel kamienny. „Trzeba cisnąć dziadka” myślę sobie, gdy dotknąłem lodowatych ścian i zobaczyłem nieszczelne okna. „Oszczędzał na konwektorach i styropianie, to teraz będzie musiał skakać nam po węgiel”. Nagle z piętra dobiegają odgłosy maszyny do szycia. Zaciekawiony, ruszam po skrzypiących schodach ku pokoju dziewczyn, aby sprawdzić, czy się nie przesłyszałem i naprawdę słyszę dźwięki z Ziemi Obiecanej. Okazało się, że mają tam stary grzejnik (tak tak, również kupiony 40 lat temu w Peweksie), który się zepsuł , terkocze jak dusząca się kosiarka i daje tyle ciepła, co otwarta lodówka. Schodzę z powrotem na dół, uderzając się przy tym w łeb o za niską futrynę drzwi. Ale to nie koniec niespodzianek! W moim pokoju zrobiło się gorąco jak w saunie. Uśmiechnięty Tomek siedzi na łóżku i wskazuje piec na propan-butan, który przed chwilą wstawił. Czuję się teraz jakbym był w garażu lub przemysłowym hangarze. Do diabła z estetyką – ważne, że ciepło.
Rusewicz zalicza glebę na oblodzonym dziadostwie – czyli nie ma jak narty na polskim stoku
Ach, słoneczny zimowy poranek! Idealna pogoda na narty. Niestety, koło południa kolejka do wyciągu zaczęła przypominać demonstrację górników pod kancelarią premiera. Masa kolorowego motłochu przeciskała się do orczyków, aby szybko zjechać na dół i ponownie stanąć w kolejce. Na szczęście właściciel stoku postanowił wyjść naprzeciw oczekiwaniom spragnionych białego szaleństwa ludziom i pozamykał wszystkie trasy na Pilsku. W ten chytry sposób kolejki zyskały parę dodatkowych metrów długości. Bo w końcu narciarz-frajer zapłaci i będzie jeździć. Taki stan rzeczy nie spodobał się panu Rusewiczowi, który wulgarnie wyraził swoją dezaprobatę wobec korbielowskiej infrastruktury mówiąc:
- Byłem tu 6 lat temu i się zawiodłem. Nic się – kurwa – nie zmieniło. Wszędzie jebane orczyki i oblodzone trasy. Ludzie przyjeżdżają do tej dziury, aby się uchlać. I sam też tak zrobię. Planuję zachlać się jak świnia i tankować do nocy.
Jak powiedział, tak zrobił. Nie cackał się z kapitalistycznym wyzyskiem orczykowych monopolistów.
Tajgerówka, arbuzówka, triksy i kenigery. Najlepiej wszystko na raz – czyli będzie OGIEŃ!
Zabawa do późnej nocy, daję się we znaki rano. Jednak pomimo mega kaca chłopcy nie mogą doczekać się kolejnego wieczoru ze swoimi egzotycznymi specyfikami domowej roboty, przywiezionymi w 10-litrowych baniakach. Na pierwszy ogień idzie arbuzówka i tajgerówka, czyli dwie wódki po zmieszaniu których będzie „totalny mózgojeb, który rozpierdoli Ci łeb na pół”. Jednak na tym nie kończą się nasze nowe doznania smakowe. Mamy cały karton podrabianego piwa Triks. Szczoch aż świszczy, grzech to nazywać piwem. Kto to przedawkuje, to pewnie będzie miał burdel w dupie jak po śliwkach z mlekiem. Kwaśny, beznadziejny smak. Piana też jakaś dziwna. Ale cóż począć. Czymś trzeba zapić tajgerówkę.
Odwiedziny Goprowca-moczymordy
Hurra! Przyszli goście! Któregoś wieczora przybył do nas ratownik GOPR – znajomy Jasia. Ale nie był to młody, przystojny i umięśniony Żebrowski, tylko jakiś żulik-przebieraniec. Jego małe, błyszczące oczka, czerwony nochal i zapita morda jednoznacznie wskazywały, że częściej daje sobie w gardło, niż ratuje zabłąkanych turystów. Moje spostrzeżenia szybko się sprawdziły. Błyskawicznie narąbał się tajgerówką i zaczął opowiadać niestworzone rzeczy o oscypkach, kuligu, ognisku, góralskich dupeczkach oraz innych bajerach, które nam zorganizuje. Jednak z oczu patrzyło mu tak, że prędzej nas skasuje i pójdzie do jakiejś taniej speluny oddać się swojej ulubionej czynności.
Jazda nowym Golfem, Słowacja, Jack Daniels i Barbra Streisand czyli burżuazyjne rozrywki w Ostatni Dzień Roku 2010
W Sylwestra, z samego rana pod moją chatę przyjechał Sobczak z Kołaczkiem. Szybko zabrałem cały swój towar, wrzuciłem go do VW Golfa 6 i przy dźwiękach Barbry Streisand ruszyliśmy na słowacką stronę. Narty w Wielkiej Raczy? A czemu by nie! Za marne 15 euro – niezliczone trasy, po których jeżdżenie wprowadzało w stan narciarskiej ekstazy. Warunki idealne, zero oldskulowych orczyków, same krzesełka i gondolki. Patrzymy szybko na zegarek – zbliża się 16:00. Czas wrzucić coś na ruszt. Ale na litość boską, nie pizzę! Niespodziewanie odnajdujemy genialne miejsce: Penzión HM U Smolky. Wchodzimy do nowoczesnej restauracji, która wygląda jak klub gentlemanów: skórzane kanapy, przyciemniane światła, wysokie stołki, plazmy na ścianach, eleganckie meble z czarnego drewna… Zadowoleni z możliwości płacenia w złotówkach, zamawiamy wykwintne dania z kurczaka i wieprzowiny, herbatę (podawaną w szklankach do Mojito) i delektujemy się przyjemnie upływającym czasem. W takich momentach cena nie gra roli. Chwilo trwaj!
Noworoczny wyścig golasów po śniegu czyli jak studenci witają Nowy Rok
Północ zbliża się wielkimi krokami, a nam udziela się zabawowy nastrój. Zatem szyby w dół, ręce na zewnątrz, muzyka na full i gaz do dechy. Polacy jadą do Polski! Na miejscu czekała na mnie przyjemna niespodzianka. Dziadziuś przyniósł dostawę węgla i rozgrzał palenisko do czerwoności. Teraz przez górne drzwiczki wydobywały się płomienie, a położone na nim mokre skarpetki Tomka zaczęły syczeć niczym dwa dzikie węże. Jednakże największy OGIEŃ przyszedł o północy. Dziadek Mróz razem ze swoimi kolegami, oparł się w alkoholowym upojeniu o chatę i coś tam wykrzykiwał w góralskiej gwarze (pewnie życzenia). Nasze towarzystwo – także już nieźle usmerfione arbuzówką – chwyciło szampany i ruszyło na stok. A tam trwa zabawa full opcja: przy ognisku piekły się kiełbaski, łysi dresiarze bawili się w Schumachera i oblewali swoje panny tanimi szampanami, oldskule w sportowych kombinezonach jeździli na nartach i myśleli, że są klawi. Nasi koledzy również nie dali sobie w kaszę dmuchać. Rozebrani do bielizny, chwycili się za ręce i ruszyli przed siebie z pieśnią na ustach. W świetle fajerwerków, błysku fleszów, na dziesięciostopniowym mrozie radośnie przywitali rok 2011.