niedziela, maj 11, 2008

Co za fantastyczny dzień!

Jak zrobić użytek z dnia?

Każdy dzień jest podróżą przez historię, co mówi sam tytuł tej witryny. No właśnie! Nikt nie wie, kiedy normalny i nic nie znaczący dzień okaże się dniem niezapomnianym, pełnym szczęścia i nietypowych przypadków. Tak właśnie było w moim przypadku we wtorek!

Nie ma szkoły - czyli idziemy na Fotofestival Nikona =)

Ile to radości można uzyskać od samej myśli, że nie będzie dzisiaj matmy, chemii i gegry? Nie trzeba dodawać, że wspaniała, słoneczna pogoda za oknem czyni ten dzień jeszcze bardziej fajnym. No dobrze, więc w takim razie pójdę do Art Center, gdzie z Olkiem zatrudniliśmy się jako wolontariusze podczas festiwalu Nikona. Dzień wcześniej dostałem maila od Marii Magdaleny, bo szuka kogoś, mówi po rosyjsku. Tak więc nie namyślając się długo - ruszam do najbliższego Cityrunnera.

“No gdzie są te szpachelki?!” - czyli nieoczekiwana zmiana miejsc

Panna M.M, niezwykle ucieszona moim przybyciem, od samego wstępu prowadzi mnie po schodach, do starej fabryki. “Kurna” myślę sobie. “Jak ja się odnajdę w tych industrialnych halach, które przypominają labirynt?”. Po drodze zaznajamia mnie z pracą tłumacza portfolio z rosyjskiego na angielski. Zaszokowany tym zaawansowanym levelem tego zadania, mówię jej aby dała mi chwilkę na przemyślenie tej propozycji. Gdy doszliśmy na miejsce ujrzałem moje ciekawe, aczkolwiek nietypowe zajęcie na najbliższą godzinę, bo tyle miałem czasu na takie zabawy. “Będziesz wyrównywał nierówności pionowe w ścianach za pomocą gładzi szpachlowej” powiedziano mi. Z lekkim przerażeniem słucham tego poważnie brzmiącego zadania, ale po chwili, gdy widzę Olka stojącego na drabinie i drapiącego ściany - zgadzam się na to. “Można postać i pomyśleć o życiu i upływającym czasie. Fajnie być pracownikiem fizycznym!” powiada Olek. W takim razie przywdziewam kostium chirurga, białe rękawiczki a la Protector i sięgam po wiadro wypełnione masą szpachlową. Moja arcytrudna praca polega na wyjmowaniu gwoździ ze ściany i zalepianiu ubytków. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie to, że te stuletnie fabryczne ściany kruszą się jak glina i dziury są na głębokość kciuka. Gdyby o mnie chodziło, to wziąłbym jakąś skrzynkę ze skarbem i ukrył ją w tych murach. Albo jeszcze inaczej - wziąłbym kilof i rozłupywał te miękkie ściany w poszukiwaniu złota! Jednak wbrew pozorom i kompletnie krótkofalowo - jest to super sposób spędzania wolnego czasu!

Advanced English vs C1 Goethe Zertifikat - czyli zabawa w księgarnii

Biegnę teraz aby spotkać się z Agata. Razem idziemy do księgarni językowej, w której oddajemy się naszym pasjom, a zarazem obowiązkom. No trzeba zdać te szpanerskie certyfikaty, aby potem się nimi lansować w CV. Jednak już na początku widzę pewną dysproporcję. Czemu mój kochany niemiecki zajmuje 3 półki, a angielski 3 regały? No co za… Czysta niesprawiedliwość! Światowy język, ale zaraz! Ooo proszę! Gramatyka dla zaawansowanych! Szkoda, że nie widziałem tego wcześniej, a nie miesiąc przed certyfikatem.

Affogado - czyli miejsce, którym można zrobić wrażenie na każdym!

Pewnego razu Jacqueline pokazała mi wspaniałą kawiarnię przy Piotrkowskiej, która od razu zrobiła na mnie wrażenie. Czerwone skórzane kanapy, czarno-białe tapety w lilie (?), w tle modern jazz sprawiają, że bardziej przypomina klub niż miejsce, w którym można wypić kawę. Siadamy na jednej z nich i zamawiamy: Agata - brzoskwiniową mrożoną herbatę, a ja espresso z lodami waniliowymi. Do tego tiramisu. Boże, uczucie błogości mną przeszło! Chyba od tego stałem się wesoły na dalszą cześć dnia, bo czułem się jakbym się naćpał, albo wygrał w totka (nawiasem mówiąc, to trafiłem tego dnia DWÓJKĘ!).

Kolację jedz jak król! - czyli uczta u Babci pełna frykasów

Gdy nadszedł wieczór, godzina 21. zrobiłem się głodny. Postanowiłem pójść do mojej Babci, która zawsze ma lodówkę full opcja. Siadam przy kuchennym stole i włączam Chopina. Po chwili Babcia serwuje mi talerz, którego nie powstydził sam książę Felipe. Biały ser, żółty, topiony, sałatka, śledzie w śmietanie, tuńczyk, pomidor, ogórek, szynka, kabanosy. Do tego cudowna bułka z masłem. Potem kubek Earl Gray. Poczułem się jak książę.

Rozbiłem bank! - czyli hazard na koniec dnia potwierdza szczęście

Już miałem wychodzić, gdy pomyślałem, że wykorzystam ten dzień maksymalnie, wycisnę jak cytrynę , bo może nie prędko przyjdzie taki jak ten. Wyjąłem karty, podszedłem do Dziadka i zaczęliśmy grać w Black Jacka. Na początku ja byłem graczem, a Dziadek krupierem. I jak się to skończyło? Po pół godzinie ograłem bank! Coś niesamowitego. Jakie to fantastyczne uczucie. Szczęście? Traf? Przypadek? Może. Jednak radość jaka mną zawładnęła sprawiła, że ten majowy dzień będę jeszcze długo wspominał =)

niedziela, styczeń 27, 2008

O nieprzydatności lekcji historyja

Na czym polega edukacja społeczeństwa?

Kiedy w XVIII wieku Kołłątaj, Piramowicz i ich koledzy zakładali swoją szpanerską i pierwszą na świecie Komisję Edukacji Narodowej, Polacy mieli szanse stać się ludźmi wykształconymi na miarę ówczesnej Europy. Nauczano wszystkich tych rzeczy, które przydawały się ludziom do ogólnego wykształcenia, do bycia inteligenckimi. Pewnie w tych czasach uczono z pasją, miłością i oddaniem. Wiadomo, że już wtedy młodzież nienawidziła łaciny i greki, ale zamierzenia ideowe były niezłe. W takim razie dlaczego dzisiaj sytuacja wygląda zgoła inaczej?

“Co mamy w planie, bracia?” “Fechtę, logę, filozofiję i geometryję” - czyli lekcje full opcja

Kilkaset lat temu, gdy nasz stary kolega Kościuszko chodził do swojej budy, chyba nie mógł się nudzić. Chyba na pewno, bo mając do dyspozycji kilkanaście przedmiotów trudno o nudę. Jazda konno, szermierka, retoryka, filozofia, logika, literatura - to tylko niektóre z nich, których od dawna nie ma. Nie mówię, że w XXI wieku należałoby uczyć jak kogoś ciachnąć z szabelki, ale zwracam uwagę na wykorzystanie późniejsze. Wszystko wspomniane było prędzej czy później w jakich sytuacjach wykorzystane. A jak to wygląda u nas? Niech któryś wykorzysta teorię dualizmu korpuskularno-falowego, heksametru daktylowego, czy może moduł Younga do rozwiązania swoich problemów! Przecież to czysty absurd, rzeczy totalnie “wyjęte”. Bo cóż z nimi można zrobić? Pochwalić się ich znajomością podczas rozmowy kwalifikacyjnej? Chyba pracodawca szybciej popuka się w głowę, aniżeli wyrazi swoje uznanie.

“O kurwa, znowu ta zasrana fizyka!” - czyli smutna codzienna rzeczywistość

Jak to jest, że codziennie podczas lekcji można zauważyć następującą sytuację. Profesor ględzi coś, bo musi, a uczniowie zamiast notować, to opierają głowę na rękach i z zegarkiem w ręku odliczają czas do końca lekcji. W czym leży problem? W lekcji? Nie, jej założenia są bardzo szlachetne. Mamy wynieść ile się da. Niestety. Tu zaczynają się schody. Dlaczego żyjąc w XIX wieku mamy średniowieczne metody uczenia się wszystkiego na pamięć? Zakuć. Po co? Dlaczego? Nieważne. Zakuć i zaliczyć. Czy to nie powinno wyglądać jak podróż po znanym miejscu? Przecież każdego dnia uczymy się czegoś nowego. To tak, jakbyśmy codziennie podróżowali. Czy jakby codziennie oglądać nowe Kolosea, Panteony, Bazyliki św. Pawła, to czy na drugi dzień byśmy już nie wiedzieli nic o tym? Czy byśmy wszystko zapominali? Nie. To zostaje w pamięci na długo. Na jak długo - zależy od przewodnika.

“Teraz spójrzcie! Zobaczycie coś niesamowitego, jedynego w swoim rodzaju! Prędko, prędko, bo zaraz nie będzie widać!” - czyli techniki zainteresowania i zniechęcenia

Może nie każdą szkołę stać na ultranowoczesne metody cyfrowo-komputerowo-audio-wizualne rodem z filmów SF. Żyjemy w Polsce, więc nie wymagam tego. Jednak skoro nie mamy pomocy naukowych, to czemu główny prowadzący się nie stara ich zastąpić? Czemu mówi zazwyczaj głosem bez przekonania? Nie każdy, ale większość. Dobry nauczyciel potrafi nawet najgorszą rzecz, największy syf przedstawić ciekawie. Zły nauczyciel - spartoli nawet najbardziej emocjonujący temat.

Czego nie ma, a co być powinno - czyli czemu minister o tym nie pomyśli

W XXI wieku nikt nie będzie uczyć jazdy konno, bo nie ma koni ani warunków do tego. Jednak, czemu nie uczyć na wuefie współczesnego odpowiednika fechtunku, czyli strzelectwa? Czy to się nie przyda kiedyś w obronie ojczyzny? Poza tym nauka pamięciowa przedmiotów, które szybko się dezaktualizują (gegra, infa) również nie należy do fajnych. Podaj wysokość plonów owsa w kwintalach w 1992 roku. Na co to nam? Głowa to nie śmietnik. Zamiast tego można by się uczyć rzeczy, które się przydają przez całe życie - jazdy samochodem, tańca, gotowania, załatwiania spraw urzędowych, majsterkowania. Potem większość będzie wzywać elektryka do przepalonej żarówki, bo w szkole o tym nie mówili i brak schematów myślowych…

“Ile książek przeczytałeś?” “Zero, wciąż zero” - czyli coś tu nie gra

Żal mi współczesnych ludzi, dla których jedynym kontaktem ze światem jest telewizja. Popkultura tego postmodernistycznego świata nie zaprowadzi nas do niczego dobrego. Najbardziej zasmuca to, że ludzie nie mają czasu na czytanie. Tutaj winę ponosi szkoła, która każe czytać syf sprzed stu lat. Potem na samą myśl o tym stają przed oczami popierdzieleni pozytywiści, którzy pisali powieści ultranudne i nijak odnoszące się do dzisiejszej rzeczywistości. Dlaczego w kanonie lektur nie ma najwybitniejszych książek? Np takiego “Pana Tadeusza” z Hiszpanii, Francji, Irlandii i innych państw? Wtedy to chociaż na wakacjach znalazłby się temat do rozmowy na poziomie z obcokrajowcem =)

sobota, listopad 17, 2007

Gdzie jest Xiędzu?!

Jak wygląda sprawa?

Przechodząc przez burzliwy okres młodzieńczy warto mieć przewodnika, jak np Jezus. Jednak większość młodych ludzi ma gdzieś wiarę i sprawy z nią związane. W sumie to nie ma się czemu dziwić. Najczęściej jedyny kontakt z wiarą jest na religii. I tutaj zaczyna się robić ciekawie…

“Chodźcie, zadamy księdzu trudne pytanie, aby go udupić!”

Nie mówię, że wszędzie, ale w większości szkół religia nie jest traktowana poważnie. Młodzież najzwyczajniej ją olewa. W czym leży problem? W treści programu i w jej prowadzącym. Co począć jak trafia się ksiądz-oferma? Kompletny leszcz nieprzygotowany do odpowiedzi na pytania dotyczące aborcji, samobójstw, antykoncepcji i klonowania ludzi? Na pierwszy rzut oka widać, że sobie nie radzi i nie wie co powiedzieć. Próbuje zmienić temat i po raz enty opowiadać o częściach różańca, Wielkim Poście, czy może że Pan Jezus był dobry i robił z Józefem mebelki. Myśli, że nas zaciekawi tymi frazesami dla przedszkolaków i dzieci pierwszokomunijnych. Jednak tu bardzo się myli. Młodzi ludzie (mimo, że nie skończyli żadnych studiów) są świetnymi psychologami i wiedzą, kiedy ktoś próbuje wcisnąć im kit. Jak tylko zobaczą jakąś słabostkę, biją ile się da, aż pęknie i mają z tego satysfakcję.

-Niech xiędzu powie, czy jak pielęgniarki w getcie żydowskim oddały swój cyjanek dzieciom, aby uśmierzyć im cierpienie i nie dopuścić, aby zostały brutalnie zamordowane przez hitlerowców, to czy popełniły grzech zabójstwa?
-A w jakim to było getcie?

The best of the best - czyli moja złota trójka

Kiedy się idzie do Kościoła, sytuacja nie wygląda lepiej. Wielokrotnie się zdarza, że podczas kazania większość ludzi najzwyczajniej w świecie sobie śpi. Dlaczego? Bo nie rozumieją o czym gada xiędzu, albo mają to w dupie. Często kazania nijak mają się do współczesnego świata i pasują do naszego życia jak pięść do nosa. Dlaczego księża mają w nosie parafian i nie mówią poprawną, zrozumiałą dla wszystkich polszczyzną, tylko zasuwają pseudobiblijnym bełkotem? Nie ma się co dziwić, że tak mało ludzi przychodzi na mszę św. Po jej skończeniu niewiele wynoszą. Jednak istnieje paru księży, o których kazaniach dyskutuje młodzież, środowiska akademickie, czy całe miasteczka. Na ich homilie ludzie przejeżdżają kilkadziesiąt kilometrów, aby usłyszeć myśl na ten tydzień. Ta trójka to ojcowie Thomas Zielonka, Tomasz Ewertowski i Marek Dziewiecki.

“Jak wygrać życie - instrukcja obsługi” czyli zwykłym językiem o niezwykłym chrześcijaństwie

Marek Dziewiecki fantastycznie prowadzi rekolekcje dla studentów. Będąc raz w Katedrze byłem zdumiony, jak fantastycznie można interpretować Biblię i mówić o współczesnym świecie. Lubi jak zadaje mu się trudne pytania. Wtedy argumentami powali nie jednego filozofa. Xiędzu jest tak wszechstronnie oczytany, że w błysk udowodni, że problemem jest postmodernistyczne rozumowanie świata. Nie ma się co dziwić, że studenci nagradzają go brawami.

Brazylijska dżungla, husaria, Piłsudski, piłka nożna i o. Pio - czyli kazanie full opcja

Ojciec Tomasz Ewertowski jest rewelacyjnym mówcą. To co powie pamięta się dłużej niż tydzień. Ma niesamowity dar skupiania na sobie uwagi słuchaczy. Nikt nie pomyśli o niczym innym, nikt nie spojrzy na zegarek. Przygotowuje sobie widocznie przez cały tydzień homilię. I zawsze ze wspaniałym efektem. Do każdej ewangelii znajdzie przykłady w historii, literaturze, filmie czy historiach zasłyszanych od innych. Ponadto to człowiek, który umie zorganizować niemalże wszystko. Od corocznych koncertów Krawczyka po zbudowanie nowego kościoła i wieży z kurantami.
“Dawaj xiędzu na piwo!” “Nie ma sprawy stary, tylko wyjdź na przepustkę!”

Podczas pobytu w Monachium poznałem o. Thomasa, który pracuje w poprawczaku. Jeden z najlepszych księży, jakich spotkałem. Można z nim pogadać jak z kumplem, czy iść na piwo. Przez to, że pracuje z trudną młodzieżą, mówi językiem charakterystycznym bardziej Mezo i Liberowi, niż katolickiemu zakonnikowi, oraz ma doświadczenia w ekstremalnych sytuacjach (”Był u nas taki na głodzie. Chłopak sobie usypał ścieżkę z proszku do prania i ciach! zaczął wciągać! Nie wiedzieliśmy czym go potem… mlekiem, czy czymś…”). A jednak po spowiedzi u niego, wielu młodym ludziom pojawiają się łzy w oczach. To jest ktoś niezwykły. Ktoś kto uratuje jeszcze nie jedno życie.

O. Thomas: To co robisz, to jedno wielkie skurwysyństwo. Jak nie chcesz się zmieniać, to nie truj dupy, tylko zrób jedną rzecz. Spraw, aby nikt przez ciebie nie płakał. Jeśli to zrobisz - to już jesteś gościu. Jeśli nie - to kawał chuja jesteś. Nie dość, że rozpierdoliłeś życie sobie, to jeszcze rozpierdalasz innym.

 

sobota, październik 20, 2007

Przyjęcie u Ambasadora w Strasbourgu

Fantastyczny drugi dzień października

OCTOBER 02 to data magiczna. Nie tylko dlatego, że tego dnia w 1951 urodził się mój ulubiony wokalista Sting, ale również dlatego, że sam obchodzę tego dnia urodziny. W tym roku spędziłem je w sposób niezapomniany. Nie tylko, że bez szkoły, ale nawet bez najbliższej rodziny i w obcym państwie. Jednak wcale nie było mi jakoś smutno. Wręcz przeciwnie.

Leniwy francuski poranek w Grand Hotelu

Nie mając nic pilnego do zrobienia, nie musząc rano wstawać, spokojnie spałem sobie aż do obudzenia przez wujka. “No no no! Kochany, dziś masz urodziny! Najlepsze życzenia! Mam dobrą wiadomość - śniadanie jest do dziesiątej, pójdziesz jak się wyśpisz! Ja wychodzę do Parlamentu.” Co za radość. O 8:50 schodzę spokojnie na dół, wchodząc do stołówki. Wita mnie uśmiechnięty kelner (Bonjour messieur!) i pyta, czy napiję się herbaty. No jasne, że tak! Podchodzę do stołu i z rozczarowaniem patrzę, że Francuzi zjedli cały kisz i jajka. Ci to mają tempo! “No nic” myślę sobie. “Jestem w Europie Zachodniej, więc zjem śniadanie jak Europejczyk!” Czyli kiść winogron, dwa kruzanty, daktyle i jogurt. Do tego dzbanek Earl Grey. Uśmiechnięty wracam na górę, gdzie odpicowuję się, słucham muzyki i odbieram urodzinowe życzenia SMS. Przed dziesiątą dzwoni Karol mówiąc, że czeka na dole. Zakładam moje sławne ”czerwone trzewiki” Pumy, zarzucam na siebie kurtkę, Canon w rękę i wymykam się na podbój Strasbourga.

Niebieskie cityrunnery i spieszący biznesmeni - czyli słoneczny poranek w centrum miasta

Wychodząc z Grand Hotelu, mijamy Gare Centrale, skręcamy w lewo i już jesteśmy w centrum. Szybciutko. Obok można zobaczyć przejeżdżające cityrunnery z wielkimi szybami, które robią na mnie duże wrażenie. Przebijamy się malutkimi uliczkami na Stare Miasto. Stare? Jeszcze jak. Na oko XVI wiek. Jednak tak genialnie zadbane, że można pomyśleć, że zbudowane wczoraj. Co za śliczne miasto! Przechodząc mijamy pijących na ulicy kawę Francuzów oraz Murzynów sprzedających paski, kartki i chorągiewki (czyli coś, co każdy z nas niezwłocznie potrzebuje). Nasz tour zaczynamy od bazyliki z X w. Po napisach można się dowiedzieć, że grał tam Mozart jak mu się nudziło w Strasbourgu. Pstryk, pstryk! Idziemy dalej. Do punktu kulminacyjnego…

Katedra Notre Dame - czyli gdzie są francuscy lanserzy, niemieccy turyści i XIX wieczna harfistka

Ponad 600-letnia bazylika Cathédrale Notre-Dame wywiera niesamowite wrażenie swoimi 142 metrami wysokości. Wokół niej - tłumy turystów z całego świata, głównie z Niemiec. Pod nią - jeszcze większe zbiegowisko! Co przyciągnęło tych ludzi? Ano jakaś laska przebrała się w XIXwieczne szaty, gra na harfie i szpanuje swoim operowym głosem, co wzbudzą w ludziach taki podziw, że nie szczędzą jej euro i hojnie ją nagradzają. Karol słuchał jej przez pół godziny, zapatrzony w nią jak w obraz. Decydujemy się wejść do wnętrza katedry. Cóż za widoki! Ciach, ciach, ciach! i mój Canon w akcji. Co za rewelacyjne miejsce! Jednomyślnie stwierdziliśmy z Karolem, że moglibyśmy spędzić tu cały dzień. Spotkałem tu też ładną (!) niemiecką(!!!) pannę, która się do mnie śmiała i puszczała mi oko. Trochę głupio, że nie zagadałem do niej xD

Czas na obiad! - czyli pizza, kawa i kwarta wina na głowę

Czujemy gastrofazę. Nie czekając idziemy do elegancko wyglądającej włoskiej (wiem, że to głupie wsuwać włoskie frykasy we Francji) restauracji. Naszą uwagę przyciąga zestaw full opcja - pizza, kawa, kwarta wina. Całość za 12euro. Uśmiechamy się i bierzemy dwa. Smakowało rewelacyjnie. I jeszcze to wino podane w dzbanku jak w średniowieczu. Coś wspaniałego. Przy akompaniamencie zachodzącego słońca wracamy do Hotelu.

Angielski garnitur, biała koszula, czerwony krawat - czyli idziemy na przyjęcie do ambasadora

To mi się podoba! Elegancko odpicowani, wsiadamy do naszej Hondy i jedziemy na Rue Geiler 2 do polskiej ambasady, gdzie czekają na nas inni dyplomaci i kolesie z międzynarodowego towarzystwa. Stawiamy samochód przy Parlamencie Europejskim i idziemy pieszo. Wchodzimy do nowej, a zarazem starej kamienicy, przy której powiewa białoczerwona flaga. Tam spotykamy całe doborowe towarzystwo polityków i dyplomatów z żoną Milinkiewicza, Karskim i Iwińskim na czele. Witamy się ze wszystkimi, bierzemy kieliszek szampana i konwersujemy na różne tematy w kameralnym gronie. Ja wraz z Karolem, panią Konsul i Anią prowadzimy interesujący dialog o malarstwie, architekturze i historii sztuki, do którego dołączają się kolejny ludzie.

Kawior, jajka, łosoś, wino - czyli savoir vivre na najwyższym europejskim poziomie

Będąc w takim towarzystwie trzeba być bardzo ostrożnym. Nie można dać plamy (jak panny przy stoliku obok) nalewając sobie do szklanki wódkę zamiast wody. Albo jak Karski - nie wiedzieć, że oryginalny szampan robiony jest tylko w Szampanii. Powoli biorę talerzyk i misternymi ruchami nakładam sobie małe ilości przystawek. Potem ostrożnie siadam przy stole obok Wujka, Karola, Senatora Wacha i jego żony oraz pani Poseł z PO. Pijąc kolejne lampki wina wsłuchuję się w wieści ze świata, będąc dumny w mojego położenia. Urodziny pierwsza klasa. Na koniec tego cudownego dnia idziemy z Karolem do zdjęcia z Tadeuszem Iwińskim. W tle - śmiejąca się polska dyplomacja, pan Ambasador opowiadający ciekawe historie oraz zazdrośnie spoglądający ku nam Karol Karski, nie mogący przeboleć, że to nie z nim robimy sobie zdjęcie.

piątek, październik 19, 2007

Podróż do ‘dwa jeden’

Zanim opuścisz próg domu…

Codziennie rano, gdy się budzę, powienienem być wyspany i wypoczęty. Jednak gdy zamiast wstającego słońca, widzę deszczową pogodę na łódzkim blokowisku od razu mam coraz mniejszą ochotę wychodzić z łóżka, a moję oczy stają się jeszcze bardziej cięższe. Cóż… zbieram w sobie siły i idę do Babci na śniadanie. Najedzony i odpicowany wracam ponownie do domu aby zabrać cały ciężki towar do szkoły. W międzyczasie włączam telewizor i szukam czegoś ciekawego. Wiem, że i tak gówno znajdę, bo o tej porze mogę się co najwyżej pogapić na badziewne reklamy super wydajnych i elekrooszczędnych urządzeń AGD i RTV, powtórki programów i śmieszne rozmowy przy herbacie. Aby poprawić sobie humor włączam Russkij Pierwyj Kanał, bo wiem, że tam chociaż się pośmieję z rewelacyjnych rozwiązań problemów z życia codziennego. Nigdy się nie zawiodłem. A to Rusek pokazuje jak zrobić samemu piłę, a to kogoś uczą samoobrony, a to gruba kucharka pokazuje jak smażyć skwarki… full opcja.

Scheiße! Już tak późno! - czyli wyścig z czasem na tramwaj

Zazwyczaj rano tracę poczucie czasu. W momencie jak okazuje się, że za 4 minuty mam tramwaj, zarzucam szybko na siebie szalik, kurtkę i empetrójkę na uszy i pospiesznym krokiem wyskakuję z domu. Po opuszczeniu bloku, widok codziennie ten sam. Szare, mokre blokowisko i przygnębiający obraz pałętających się ludzi, z minami jak na ścięcie. Idę przed siebie codziennie tą samą drogą. Przechodzę przez boisko, które kiedyś było centralnym punktem do osiedlowych meczów. Było. Jak sam napis na nim wskazuje - w 1994. Potem - jak to w Polsce bywa - ukradziono siatki, następnie bramki. Przechodzę między blokami dalej. Teraz już widzę drogę po której jeżdżą tramwaje. Widzę z daleka mój przystanek, na którym stoi już motłoch. Wystarczy dać im transparenty i demonstracja gotowa.

Rozkopana Łódź - czyli więcej niż jedna opcja dojazdu

Pomysły MPK na przeprowadzanie remontów są rewelacyjne. “Zmiany na trasie obowiązują do odwołania”. Super. Po prostu świetnie. W Niemczech są już teraz znaki, że ten a ten odcinek drogi będzie remontowany od lutego 2008 do połowy maja 2008. A u nas? No cóż. Free style obowiązuje. Z uwagi na to, że przez roboty drogowe nie mam bezpośredniego połączenia z budą, wsiadam do jakiegokolwiek jadącego tramwaju, bo i tak się przesiądę (i właśnie dlatego nie spieszę się wychodząc z domu). Sama jazda również dostarcza ciekawych wrażeń. Zazwyczaj szczególnie uprzykszają mi się moherowe berety, które lubią się pchać. Na domiar złego napierają na drzwi od razu jak tramwaj ruszy. Dlaczego? Bo wysiadają na nastepnym przystanku i muszą mieć pewność, że będą pierwsze! Nieznoszę tego!

Przesiadki w deszczu - czyli można pobudzić wyobraźnię

Mogę wysiąść przy Kościuszki i iść sobie 7 minut piechotą aż dojdę do szkoły. Mogę, ale jak pogoda jest beznadziejna jak codzień wybieram inna opcję. Wysiadam przy Żeromskiego. Razem ze mną - tłumy gawiedzi. Idę powoli dokładnie obserwując przechodzący obok mnie tłum. Przypomina mi się “Pianista” - tłum Żydów idzie po schodach do getta. Jeden za drugim, jeden za drugim. Wszyscy z głowami w dół. Potem rozchodzą się na dwie strony, jakby wiedzieli co ich czeka. Czarna procesja… Otrząsam się i przyspieszam kroku.

czwartek, wrzesień 13, 2007

Europejskie laski i panny z hajsem

Kontrowersyjny temat

No cóż… jak większość panien lansuje się mówiąc, jakich kochasi poznały na tych “zajebistych i wyjechanych” wakacjach, tak samo ja mogę się pokusić o podsumowanie tematu płci przeciwnej. Nie jestem playerem i zazwyczaj staram się ważyć słowa…
Wakacje to jeden z najlepszych momentów w roku do chwilowej zmiany towarzystwa i poznania ludzi z pozostałych części Polski czy świata. Można też zaznajomić się z najróżniejszym elementem społecznym, bo wiadomo, że w większości przypadków to znajomość na umilenie wolnego czasu, a nie na prowadzenie długofalowych przyjaźni… Normalne, postmodernistyczne myślenie….

Seksowne turystki z Europy na egipskiej plaży

Gdy byłem w Egipcie już szybko spostrzegłem, że niewiele jest panien w moim wieku. No bo co za palant jedzie do Taby? No tak, niby skąd mogłem wiedzieć, że za wiele Rosjanek, Niemek czy innych lasek tutaj nie spotkam? Albo jak są, to już te koło czterdziestki, co głupio zagadać do takiej… Jednak jak wieczorami idę do restauracji, to widzę sporo Angielek, Czeszek, Żydówek i jakiś Ukrainek co poprawia mi humor. “Może się jakoś dogadam” myślę sobie. “Jutro je znajde”. Jednak jak przychodzi co do czego to nie ma żadnej, kurna żadnej! Śmieszne. Poszedłem w godzinach wieczorno-nocnych z Alanem na disco. Mówi do mnie: “Patrz! Ta laska jest fajna! Spróbuję szczęscia!”. Po trzech minutach wraca i mowi, że “to głupia Żydówka i nie zwraca na niego uwagi”. Idziemy do baru się napić.

Jak łatwo można dać plamę - czyli zdradliwy wiek

Pewnego razu będąc na basenie i grając w waterpolo spotkałem fajne angielskie panny. Na oko studentki starsze 2,3 lata ode mnie. Dziewczyny dołączają się do gry, śmieją się do mnie, chlapią mnie - jednym słowem przyjemna atmosfera. Po grze myślę sobie: “zagadam do nich, może mój angielski nie jest taki zły”. Już mam zamiar pójść do ich leżaków, kiedy nagle zdziwiony wytrzeszczam oczy. “Kurna, to są panny koło trzydziestki, tylko są tak nieźle odpicowane!” Do nich po chwili przychodzi trzech napakowanych Angoli wyglądających jak połączenie strong mana i Ricky’ego Martina. “Dobra, wolę się nie mieszać, bo nie dość, że dam plamę to jeszcze mogę gratis dostać po zębach”. Odwracam się i uśmiechnięty idę vaderować.

A jak to wygląda w Kanadzie? - czyli opinia Oskara

Viggo (21-06-2007 20:05)
sa tam jakies ladne kanadyjki? xD
Oskar (21-06-2007 20:06)
pod dostatkiem
Oskar (21-06-2007 20:06)
tylko trzeba wsadzic za nogi do wody zeby zmyc make-up
Oskar (21-06-2007 20:06)
i zobaczyc jak naprawde wygladaja
Oskar (21-06-2007 20:0 8)
pytam jednej ile ma lat
Oskar (21-06-2007 20:0 8)
bo taka fajna byla
Oskar (21-06-2007 20:0 8)
a tutaj “14″
Oskar (21-06-2007 20:0 8)
o.0.

Oskar (11-08-2007 18:39)
a wczoraj jak bylem w takiej cukierni na lodach
Oskar (11-08-2007 18:39)
patrze na grupe rozesmianych panienek
Oskar (11-08-2007 18:39)
po czym znow zaczynam jesc lody
Oskar (11-08-2007 18:39)
jeb
Oskar (11-08-2007 18:39)
flesz
Oskar (11-08-2007 18:39)
chichot
Oskar (11-08-2007 18:39)
mysle, no nic, jem dalej
Oskar (11-08-2007 18:39)
jeb, flesz
Oskar (11-08-2007 18:40)
dziewczeta robily sobie zdjecia ze mna na drugim planie
Oskar (11-08-2007 18:40)
potem chcialy moj msn
Oskar (11-08-2007 18:40)
no ale, mialy z 14 lat?
Oskar (11-08-2007 18:40)
zobacz jaki czlowiek ma kurde niefart
Oskar (11-08-2007 18:40)
;f
Łatwe laski i panny z hajsem

Te z kolei trudno zaklasyfikować gdziekolwiek. Można je spotkać praktycznie wszędzie! W sumie byłem zdziwiony jak owe spotkałem, bo mało znam takich łatwych dziewczyn. Jednak szybko zauważyłem, że dla niektórych playerów takie panny to chleb powszedni i tylko z takimi się zadają. 10 minut rozmowy i taka dziewczyna może zrobić ci wszystko. Prawie jak z prostytutką, z tą różnicą, że “Za dziwki trzeba płacić, a tutaj masz za darmo” jak mówi Bartek. Nie lubię takich panien, żal mi ich. Potem te dziewczyny jeszcze się chwalą, co która zrobiła… 

Bartek: -Dużo jest panien, które mają kupę hajsu i dają się wyruchać. U nas to są konkretne, kurwa konkretne… Mój kumpel ma pannę, co się ją jak w Heyah - podwójnie ładuje. Koleś ją posuwał na biurku. (…) najlepiej to znaleźć sobie fucking frienda i masz problem z głowy. Jedną pannę masz do lansu, a drugą aby ją przelatywać kiedy Ci się zachce.

Przypomina mi to książkę “Sto pociągnięć szczotką przed snem”. 17-letnia bohaterka (i również autorka) mówi jak to ją posuwali różni studenci, biznesmeni czy bogaci kolesie. Mimo to nie była szcześliwa….

Młodość i łatwe szczęście

Przydałaby się jakaś puenta, czy coś. Trudno jest podsumować tak szeroki temat. Mnie nie bawią takie “króciutkie znajomości”, o których zapomnisz jak wytrzeźwiejesz. “To przykre, ale nie każda dziewczyna na świecie jest i ładna i inteligentna” mawia Oskar. Na szczęście ja znam kilka takich ;) I jeszcze a propos mojego kumpla Oskara to zapadła mi w pamięć taka jego myśl:

Wiesz Marcin, jak mawia mój wujek, jeśli chcesz rozmawiać z towarem to daleko nie zajdziesz.

czwartek, wrzesień 6, 2007

Niepokojące blokowisko

O co chodzi?

Do widoku coraz to nowych placów budowy powinniśmy się już przyzwyczaić. Cały czas jest coś remontowane, dobudowywane, odnawiane czy może doszczętnie burzone. Wszystko to dzieje się po rewelacyjnych pomysłach zagospodarowania terenu władz miasta. Owi panowie, mają koncepcje na długie lata. Wiedzą jak uczynić z Łodzi najpiekniejsze miasto Polski… Niepokorni wizjonerzy…

“O Boże… co tu się stało??” czyli pierwszy rzut oka 

Jednak są miejsca, w których nowo budowane mieszkania są ostatnią rzeczą którą chciało by się zobaczyć… Niczego się nie spodziewając, wychodzę z autobusu linii 86 na przystanku Maratońska-Obywatelska i z rękami w kieszeniach, empetrójką na uszach zmierzam w kierunku domu. Nagle spoglądam w prawo i zaczyna coś nie grać. “Kurna” myślę sobie. “Skąd u diabła wzięły się te wielkie metalowe płyty ogradzające cały plac? Gdzie podziały się drzewa? Gdzie jest gór…” Stoję zamurowany. Właśnie spotrzegłem, że jedno z miejsc mojego dzieciństwa zostało zamienione na ciągnące się pole żwiru, hałdy okropnie wyglądającego piasku i smutno wystające korzenie uciętych drzew. Dookoła tej przygnębiającej panoramy rozciągają się pomazane przez kibiców ŁKSu sprayami metalowe płyty mogące oznaczać, że nie wolno wchodzić. Po górce, na której zjeżdzałem na sankach pod koniec lat 90., chodnikach, pięknych rozłożystych drzewach, ławeczkach, rampach dla skaterów, huśtawkach, drabinkach czy karuzelach nie ma najmniejszego śladu…

Śladami mojego dzieciństwa… czyli pojawiają się wspomnienia

Stoję i gapię się jak ten palant na żałosny, łódzki landszaft. Poszerzające się szare blokowisko… bez żadnych perspektyw wizualnych czy koncepcji na przyszłość. Nowe i nowe bloki, wszystkie takie same… Nagle przechodzą mi przez głowę wspomnienia z dzieciństwa. Pamiętam jak tym miejscu była górka, na której zimą bawiły się dzieciaki, a latem lubiła siadać młodzież z piwem. Pamietam jak w 1996 przychodziłem tu z Babcią na huśtawki, czy tzw. “żyrafę”. Jak kolesie w bluzach z kapturami szaleli tu na swoich BMXach robiąc karkołomne akrobacje i wyskoki, czy jak każdej środy wieczorem wracałem tędy z rosyjskiego. Teraz ujrzę tutaj nowy blok…

Świat się zmienia - czyli gdzie teraz spotkamy tych ludzi

Przypominam sobie, jak koło mojej starej podstawówki był wielki trawnik, a dookoła niego ławeczki. Przychodziliśmy tu z kolegami z osiedla grać w piłkę, a przechodzący ludzie zatrzymywali się i siadali oglądajac biegających Roberto Carlosów, Zidane’ów, Beckhamów czy Dudków. W tym miejscu stoją obecnie dwa nowe bloki…
Albo jak lubiliśmy przechodzić przez tzw. “zaułek pijaków” - wielkie trawiaste pole między blokami a Supersamem, na którym rosły lipy, stały ławeczki, na których można było spotkać leżących meneli, pijaków, bumelantów, gimnazjalistów, rynkowe przekupy, gadające sąsiadki i całą masę innych ludzi. Tam dalej stała budka z lodami Pana Jędrasika, do którego chodziliśmy prawie każdego letniego dnia, napędzając mu biznes. Teraz w tym miejscu można zobaczyć Tesco zamiast Supersamu oraz koparki, dźwigi i betoniarki budujące nowy blok…

Tam gdzie można było spotkać Pańczaka i Prószkowskiego…

Przychodzi mi teraz na myśl ogromny zielony teren porośnięty drzewami ciągnący się wzdłuż wieżowca mojego starego kumpla Wojtka. Drzewa służyły nam za bramki i nie mogliśmy doczekać się wiosny, aby wspólnie pójść zagrać kolejny wielki mecz. Lata 1997-2003… Zbierali się wtedy wszyscy: Ja, Wojtek i jego bracia, Rafcio, Pycio, Pańczaki, Prószkowski, koledzy Roberta i Michała, Pliska, Jura, Bazyl, Barnaba, Siwy, Żużel, czasem przypałętał się Banan, Rumun, Góra, Drab, Dylon, Piętaszek czy jacyś kolesie z piętnastki. Już nie pamiętam kiedy rozegraliśmy ostatni wspólny mecz. Tam raczej nigdy nie zbudują żadnego bloku.

Smutna szara rzeczywistość

Idąc przez moje osiedle można spotkać dużo dresiarzy i blokersów. Przybywa bloków. Jeden wygląda jak drugi. Stare, 30-40 letnie budowle. Przypomina mi się jak byłem w Berlinie Wschodnim i oglądałem tych biednych Murzynów czy Turków mieszkających w takich blokowiskach jak moje. Wszystko pomazane sprayami, brudne. Niby dużo zieleni, a mieszkania są ocieplane i malowane. Niby wszystko pięknieje. Niby jest lepiej… niby…

wtorek, sierpień 28, 2007

Szaleństwa w Hofbräuhaus

“Co to kurna jest Hofbräuhas?” “Stary, najlepsze miejsce w Monachium!”

Gdy poniedziałkowym wieczorem, grupa zagranicznej odpicowanej młodzieży idzie przez centrum w kierunku Hofbräuhaus Platzl 9, cel ich wizyty jest oczywisty. Jeśli Bawarię można uznać za Królestwo Piwa, to Hofbräuhaus jest jego pałacem ze wszystkimi aktrakcjami. Niesamowite jest to, że ta zajebista pijalnia działa od końca XVI wieku po dzień dzisiejszy i pijali w niej wszyscy, począwszy od książąt po Lenina i Hitlera. Ja również miałem okazje tam powznosić toasty.

“Czuję się jak w zamku!” “Wyobraź sobie jak wygląda Oktoberfest!”

Razem z innymi wchodzę po schodach, które prowadzą do głównej sali. Kiedy do niej wszedłem, zaniemówiłem. Wielka, ogromna sala rycerska, w której na ścianach wiszą zapierające dech w piersiach chorągwie ze szlachckimi herbami, przypomina królewski refektarz. I to jaki! Dodatkowo freski na suficie przedstawiające kolejne godła, “angielskie” lwy czy ciągnace się miecze, hełmy z piórami oraz inne ciekawe znaki rozpoznawcze szlachty. Wzdłuż sali ciągną się kilkudziesięciometrowe drewniane stoły, przy których widać świętujących przy piwie turystów z całego świata. Wszędzie można dostrzec Bawarczyków w swoich tradycyjnych, śmiesznych skórzanych krótkich spodenkach, a obok nich chichoczące Japonki robiące sobie z nimi zdjęcia. Z drugiego końca tej wielkiej hali dochodzą głośne i skoczne dźwięki Volksmusik. Z uśmiechem spoglądam. Na środku scena na której kolejny fajni Bawarczycy szpanują swoimi ludowymi tańcami, panny biorą się pod boki i falują z nimi, a razem z nimi (również w tradycyjnych strojach) grubi Niemcy zasuwają na instrumentach. Co za widok!

“Patrz! Bawarskie laski przynoszą piwo!”- czyli picie czas zacząć

Siadamy z kumplami przy stole, zamawiamy helles Bier i czekamy. A tu nagle pierwsza porażka! Kelner przynosi 0.5 l piwa zamiast litra. Bartek spojrzawszy na to wulgarnie wyraża swoją dezaprobatę: “Kurwa! To dawka dla dzieci!”. Ale przymykamy na to oko, pijemy, wstajemy i z całą salą drzemy się “Auf Wohl!, Auf Wohl!”. Pijemy po niemiecku, czyli siadamy i sączymy, a nie, kurna, jak Ruscy, że przechylają chlup! w ryja i nic nie ma. Jednak niczym się obejrzeliśmy, a nasze kufle były puste i tylko ładnie się błyszczały w świetle lamp. Nie czekając na oklaski, prosimy Herr Ober! i zamawiamy Dunkel Bier, tym razem w wielkim szpanerskim kuflu wielkości głowy. Uradowani patrzymy po sobie, wulgarnie wyrażamy nasze zadowolenie, robimy zdjęcia i ciach! Teraz zaczyna się zabawa!

Oans, zwoa, gsuffa! Weiter! Prost! Auf EX! - czyli dalsze wariacje

Wychylam kufel i piję piwo dunkel, które jest znacznie lepsze od normalnego i wchodzi jak woda. Rzeczywistość nabiera kolorów, wszyscy ruszają się już płynniej, trzymają w górze kufle i się śmieją. Nagle zjawiają się bawarskie laski, zabierają Kubę, dają mu skórzane pantalony i zapraszają na scenę. Razem z monachijczykami z orkiestry zasuwamy na całej sali Volkstanzen. Błyskawicznie dołączają do nas Amerykanie, Hiszpanie, Ruscy i Japończycy. Potem siadamy i pijemy Brudenschaft’y z kompanami ze stołu. Niczym się obejrzałem, jak w pijalni została tylko nasza grupa. W takim razie czas się zabierać. O 23:15 opuszczam cudowny Hofbräuhaus. W koszuli pachnącej alkoholem, polany piwem, Canonem w ręku wychodzę na zewnątrz do tętniącego nocnym życiem centrum Monachium.

poniedziałek, sierpień 27, 2007

Duma z Rzeczypospolitej?

Nie jestem Polakiem

Jakież było moje zdziwienie i smutek, gdy się o tym dowiedziałem! Ja, który znam wszystkie zwrotki hymnu, który ubieram się w barwy narodowe z Orłem na piersi, chodzę na mecze polskich siatkarzy i z szalikiem w ręku krzyczę ze wszystkimi “POLSKA, POLSKA, POLSKA!”. Ja, który idę na Wielką Krokiem z białoczerwoną flagą. Albo na zagadnienia “Wy z Rassiji, da?” albo “Bist du natürlich aus Deutschland?” odpowiadam Ja nie Ruski, I’m Polish, Ich bin aus Polen. Okazuje się, że dobra znajomość polskiej historii, na pamięć kilku fragmentów Pana Tadeusza, czy to że w 2007r. w postmodernistycznej dobie Internetu przeczytało się Pana Wołodyjowskiego i Ogniem i Mieczem nie wystarczy mi do bycia Polakiem…

“Gdyby Augustyn Kordecki zobaczył, że teraz Częstochowy broni Ojciec Rydzyk i ta banda moherowych beretów, pewnie popełniłby samobójstwo”

Niestety, premier Kaczyński jest przeciwnego zdania. Nie jestem Polakiem, bo nie słucham Radia Maryja i nie należę do ich Rodziny, nie głosuję na PiS i nie TRWAM w wierze i modlitwie. Co więcej - moje ultraliberalne poglądy polityczne, czy sympatia do Niemców sprawiają, że mógłbym zostać zlinczowany przez PiSowców. Wróciwszy z zagranicy i włączywczy radio, po prostu zrobiło mi się przykro…

Wstańcie, chodźmy ale nie trwajmy!

Czy to słuchanie jakiejś stacji radiowej albo podzielanie poglądów Rządu na Polskę określa standarty patriotyzmu? Czy może to co się robi dla Ojczyzny? Nienawidzę słowa “trwać”. Szczególnie jego używania do kwestii wiary, czy stanu państwa. Ja nie chce “trwać w wierze” czy aby “Polska trwała”. Chcę aby Rzeczpospolita się rozwijała, szła do przodu, przezwyciężała trudności, miała nowych przyjaciół w Europie i na świecie. Bezczynne trwanie jest najgorsze! Podobnie rzecz wyglądała z tym beznadziejnym hasłem pielgrzymki Ratzingera do Polski. Nie wyobrażam sobie Templariuszy czy Joannitów, którzy by coś zdziałali samym trwaniem w wierze. “Jednych Bóg stwarza do klepania pacieży, innych do szabli”.

Czuję się jak książę Jarema Wiśniowiecki przy powstaniu Chmielnickiego

Czytając Ogniem i Mieczem dostrzegłem wiele podobieństw do dzisiejszej Rzeczpospolitej. Mianowicie co się dzieje jak prywata jest ważniejsza od dobra publicznego, jak chłopi chcą mieć prawa i chcą rządzić. A książę Jarema, który jest wielkim wodzem i patriotą, który przyczynił się do rozwoju Zadnieprza, traci buławę.

“Nie chcę ja żyć w tej Rzeczypospolitej, bo dziś wstydzić się za nią przychodzi. (…) a na te klęski i tą hańbę, na której wspomnienie samo pomarliby nasi przodkowie - czymże odpowiada ta Rzeczpospolita? Oto ze zdrajcą i hańbicielem swym, ze sprzymierzeńcem pogan układy rozpoczyna i kontentację mu obiecuje!”

Jestem dumny z bycia Polakiem, ale teraz przychodzi mi się wtydzić za to, co się dzieje z moją Ojczyzną.

niedziela, sierpień 12, 2007

Alabare, alabare, alabare a mi senior!

Gdzie boisko żywe, tam diabeł martwy

Spanie przez cztery-pięć godzin na dobę to pomysł iście mistrzowski. Po co marnować czas, skoro są wakacje? Zgodnie z metodą o. Bosco timetable musi być maksymalnie wypełniony, aby nie mieć czasu na nudę i myślenie o głupotach. Nuda jest przyjaciółką szatana, która pomaga w rozpierdoleniu życia. Muszę przyznać, że pomysł ks. Bosco jest rewelacyjny i nie tylko mi przypadł do gustu. Większość ludzi, z którymi rozmawiałem nudzą się w wakacje. Zazwyczaj podobnie jak ja, leżą jak jakiś debil na kanapie gapiąc się w telewizor lub przez okno. Natomiast tutaj w Monachium nikt się nie pytał, gdzie jest jakaś kafejka internetowa, bo Internet po prostu nie był do niczego potrzebny. Nie było na to czasu.

“Nie żryj tego, kurwa, zostaw to!” “Nie słyszałeś co ksiądz powiedział?”

-Nie, nie. To nie jest haszysz. To możesz dać tacie, bo wspomaga potencję - chmiel.
-No to dwa poproszę!

Pierwszym fajnym wypadem był wypad na zwiedzanie browaru Paulanera. No i siup! idziemy obok tych wszystkich zmechanizowanych kadzi z piwem, co przypominają kapsuły kosmiczne i błyszczą się jakby ktoś nie miał co robić, tylko je polerował. Idąc na mistrzem-browarnikiem mijamy setki aluminiowych rur, migających przycisków, wihajstrów, holajz i iberlaufów, które aż się proszą aby je wcisnąć lub za nie pociągnąć. Schodzimy do podziemi, gdzie w rurociągach płynie piwo do rozlania w butelki lub do podejrzanego pomieszczenia o temperaturze 5st. C z cysternami wypełnionymi piwem. Przechodząc przez takie lub inne nietypowe labirynty zbliżamy się do wielkiej hali produkcyjnej, gdzie przechodzi do 1800 hektolitrów na jednej zmianie. Na koniec idziemy na darmową degustację Paulanera, gdzie jedząc precle i słuchając akordeonu lejemy w siebie Weiβbier.

“Szybciej szwabie, bo ptaszki ci się zmęczą!” - czyli pobyt w Wild Parku

Ponieważ Niemcy nie wiedzą jak wygląda naturalna przyroda ze zwierzętami, zrobili sobie Wild Park, czyli wypasiony las z sarnami, które sobie biegają i całą masą zwierza. Nad naszymi głowami latały sokoły i orły, jednak wszystko do czasu. Jak tylko zaczęło padać przyszedł śmieszny koleś i zaczął wydawać nietypowe dźwięki do mikrofonu, co oznaczało że ptaszki się już zmęczyły i szlag wszystko trafił! No za co… co teraz zrobić z wolnym czasem? Rozdzieliśmy się i poszliśmy do pedalskich niedźwiedzi, które wypieły się dupą i nie były chętne do niczego. Podczas, gdy lukaliśmy na to żałosne widowisko, Paweł poszedł do bobrów.

Paweł: “Skurwysyn zamiast podejść, to walił sobie konia, co jest sfilmowane. Wnerwiłem się i rzuciłem mu w mordę ogórkiem. Potem przypłynęły małe gnoje i zaczęły syczeć. Kurwa, syczało to gówno. Jedne spierdalały, drugie przychodziły.”

Bartek liże się z laską leżącą przed Pałacem Ludwika II

Przyjechali Polacy do zamku bajkowego księcia. Jak się dowiedzieliśmy, Ludwik II sam był lanserem i miał ładnie odpicowaną rezydencję. Pozłacane pokoje, samonakrywający się stół, sala balowa na 90 metrów (“Kurwa, ja bym się tutaj z kumplami ścigał na motorach!”), łóżko na podwyższeniu, lampa imitująca światło księżyca czy wanna z jaccuzi o średnicy dwóch samochodów zasługują na uznanie. Full opcja jednym słowem, gdyby nie to, że ten frajer mieszkał tam niecałe 2 tygodnie. Po wyjściu robimy w pięciu śmieszną akcję. Bartek siada przy fontannie na rzeźbie seksownej gołej laski, obejmuje ją i zaczyna się z nią lizać. Paweł znajduje sobie inną panne z marmuru i udaje, że ssie jej cycki. My cykamy fotki i się zlewamy, natomiast Niemcy popadają w osłupienie i wytrzeszczają gały jakby im szajba odbiła.

“Przeciętny Niemiec tu przyjeżdzą i nawet go na kawę nie stać. Nas stać. My jesteśmy od ks. Bosco”

Cudowny dzień był w Garmisch Partenkirchen, gdzie chodziliśmy po górach i oglądaliśmy jak budują kolejną skocznię, bo dwie to za mało. Poza miastem byliśmy w Aquaparku, gdzie szaleliśmy na zjeżdżalniach na których osiągało się 50km/h, weszliśmy do gorących źródeł na świeżym powietrzu, czy surfowalismy po sztucznej fali, z którą wszyscy przegrywaliśmy. Po wyjechaniu z Garmisch jadę pełen radości w kierunku Bad Tölz, nie wiedząc jeszcze co tam zobaczę. Przyjechawszy, patrzę tęsknym wzrokiem na to przepiękne miasto, które oświetlone promieniami zachodzącego słońca wygląda bajkowo. Urokliwe kamienice w starym stylu stojące przy wąskich uliczkach mogą się równać z tymi z Sevilli czy Valencii. Obok przejeżdżają na rowerach ładne panny, które uśmiechają sie do mnie. Pełen podziwu, respektu i zachwycenia, jak również smutku i zazdrości spoglądam zza szyb na to miasto. Spoglądam i wiem, że Polska nigdy nie będzie tak wyglądać…